Klub biegowy to nowy bar. Dlaczego Gen Z szuka przyjaciół, randek i wspólnoty podczas treningu
Jeszcze kilka lat temu bieganie kojarzyło się z samotnym treningiem i aplikacją liczącą kilometry. Dziś coraz częściej wygląda jak spotkanie towarzyskie. W wielu miastach świata, także w Polsce, run cluby stały się nowym miejscem poznawania ludzi, randkowania i budowania społeczności.
To coś więcej niż moda na sport. W czasach, gdy aplikacje randkowe męczą, praca zdalna ogranicza przypadkowe znajomości, a coraz więcej osób mówi o samotności, wspólny trening zaczął pełnić rolę, którą kiedyś miały osiedlowe bary, studenckie kluby czy koncerty.
Bieganie przestało być sportem. Stało się stylem życia
Jeżeli wpiszesz na TikToku lub Instagramie hasło run club, zobaczysz tysiące podobnych filmów. Ludzie spotykają się o szóstej rano przed kawiarnią, wspólnie biegną kilka kilometrów, a później piją kawę, jedzą śniadanie albo zostają na rozmowę. Czasem trening trwa czterdzieści minut, a spotkanie po nim dwie godziny.
Podobne społeczności rozwinęły się wokół London Midnight Runners, New York Road Runners, Tracksmith, Nike Run Club, Soho Running Club czy kopenhaskiego NBRO Running. W Polsce coraz większą popularność zdobywają inicjatywy takie jak Warsaw Run Club, Adidas Runners Warsaw, Nike Run Club Warszawa, Late Nights Run Club, PobiegnijMY czy lokalne grupy organizowane przez kawiarnie i niezależne sklepy biegowe. Coraz częściej nie zapisujesz się na trening. Zapisujesz się do środowiska.
Run club jest odpowiedzią na samotność
Nieprzypadkowo boom na kluby biegowe zbiegł się z rosnącą liczbą rozmów o kryzysie relacji. Młodzi pracują z domu, zmieniają miasta, rzadziej należą do stałych społeczności. Poznawanie nowych osób przez internet bywa męczące i coraz mniej spontaniczne. Run club działa inaczej.
Nie musisz wymyślać tematu rozmowy. Nie spotykasz się z kimś wyłącznie po to, żeby ocenić, czy do siebie pasujecie. Wspólny wysiłek naturalnie skraca dystans. Łatwiej rozmawia się po pięciu kilometrach niż po godzinie siedzenia naprzeciwko siebie w restauracji. To właśnie dlatego media zaczęły określać kluby biegowe mianem „nowego baru” albo nawet „nowego Tindera”. Nie dlatego, że wszyscy przychodzą tam szukać partnera. Dlatego, że relacje powstają tam przy okazji, a nie pod presją.
Sport stał się nową kulturą miejską
Nowoczesne run cluby przypominają bardziej kolektywy kreatywne niż sekcje lekkoatletyczne. Projektują własne koszulki, organizują sesje zdjęciowe, współpracują z kawiarniami, piekarniami, markami modowymi i producentami sprzętu sportowego. Po treningu odbywają się śniadania, wystawy, DJ sety czy wspólne wyjazdy.
Nieprzypadkowo Salomon, On Running, Hoka, Adidas, Nike, New Balance czy Asics inwestują dziś nie tylko w sportowców, ale również w lokalne społeczności. Kupujesz buty. Zostajesz częścią sceny. To ten sam mechanizm, który wcześniej napędzał deskorolkę, surfing czy kulturę rowerową. Sport przestaje być aktywnością. Staje się językiem, którym ludzie opowiadają o sobie.
Dlaczego właśnie bieganie?
Bieganie ma jedną przewagę nad większością innych aktywności. Nie wymaga karnetu, specjalistycznego sprzętu ani wcześniejszego doświadczenia. Można dołączyć praktycznie z dnia na dzień.
To sprawia, że run club jest jednym z najbardziej otwartych formatów budowania społeczności. Obok początkujących biegną osoby przygotowujące się do maratonu, projektanci, studenci, lekarze, fotografowie i pracownicy korporacji. Łączy ich nie tempo. Łączy ich rytuał.
Czy kluby biegowe zastąpią aplikacje randkowe?
Pewnie nie. Ale pokazują coś znacznie ciekawszego. Po latach życia organizowanego przez ekrany młodzi coraz częściej szukają powodów, żeby spotkać się w świecie offline. Nie chodzi nawet o bieganie. Chodzi o regularność, wspólny wysiłek i miejsce, do którego można wracać co tydzień. To właśnie dlatego run cluby rosną szybciej niż wiele innych społeczności. Bo nie sprzedają treningów. Sprzedają poczucie, że w dużym mieście znowu można należeć do jakiejś grupy.